Bleach OtherWorld PBF
USA, Baltimore - Wersja do druku

+- Bleach OtherWorld PBF (http://www.bleachow.eu)
+-- Dział: Świat Żywych (/forum-6.html)
+--- Dział: Reszta Świata (/forum-39.html)
+---- Dział: Ameryka Pn. (/forum-62.html)
+---- Wątek: USA, Baltimore (/thread-1558.html)



USA, Baltimore - Bezimienna - 29-08-2019 17:10

[Obrazek: 640px-Bmore_skyline_inner_harbor.jpg]

              Baltimore jest miastem położonym na wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych, około 60 km od Waszyngtonu, tworzące z nim jeden obszar metropoidalny. Jest to największe miasto stanu Maryland (oraz jedno z dwudziestu największych miast USA), a jego populacja wynosi około 621 tys. Posiada 3 uniwersytety, bazę marynarki wojennej, liczne muzea, galerię sztuki, domy i kościoły z XVIII i XIX w. Dumą miasta jest zacumowany w Porcie Wewnętrznym USS Constelation – ostatni zwodowany żaglowy okręt Stanów Zjednoczonych.

              Nie było powodu, dla którego ten wieczór miałby dla Alana wyglądać jakkolwiek inaczej od innych. Tego dnia muzyka w pubie należała do gatunku, który albo od razu się polubiło, albo z miejsca nienawidziło. Gdyby Alan rozejrzał się dookoła, dokładnie to ujrzałby na twarzach pijanych - Wszyscy bowiem, którzy nie przyszli się nawalić, mieli na tyle oleju w głowie i wystarczającą sprawność motoryczną, by wynieść się z lokalu, nie chcąc ryzykować trwałych blizn wypalonych na mózgu tymi utworami, które co gorsza, jak to już z kiepskimi piosenkami bywa, wkręcić się i chodzić za delikwentem przynajmniej tydzień. Oznaczało to jednak, że w przybytku znajdowało się jeszcze mniej ludzi niż zwykle, jednak definitywnie nie byli oni "lepszego sortu". Wszystko to prawdopodobnie było sprawką nowego pracownika, stojącego za barem. Musiał być nowy, bowiem Alan z niepodważalnym stażem przebywania w tej norze (być może będąc kluczowym powodem dla którego jeszcze nie upadła) nie rozpoznawał w nim nikogo ze stałych barmanów. Jego ruchy były dość nerwowe i szarpane, jakby sam do końca nie wiedział co robi, a jego mentor zniknął w niewyjaśnionych okolicznościach. Być może ktoś kłamał w swoim CV...



RE: USA, Baltimore - Happy Mask - 30-08-2019 10:20

Przestępuję próg starej, przytulnej speluny, czując się poniekąd jak w zaciszu własnej kawalerki. Znajomy smród, znajomy kolaż półcieni pośród stołów i w końcu znajomy jazgot dobywający się z głośników. Stali bywalcy zerkają przelotnie ku wejściu, z dziwną ulgą utwierdzając się w przekonaniu, że szara codzienność podąża utartym szlakiem. Obecność mojego fizysu w tym lokalu to rzecz niemal tak niezmienna jak wczesnoporanne dźwięki awantur i tłuczonego szkła od moich sąsiadów z góry. Ludzie tacy jak my są bowiem zgubieni bez rutyny. Wystarczy, aby połamał się jeden tryb, by cała maszyneria w niewiadomy sposób runęła w dokumentne pizdu.
Rozsiadam się niezgrabnie na barowym hokerze, badając nienatarczywym wzrokiem nową twarz. Zwyczajnie zdziwiłoby mnie, że pozostawia się świeżaka samopas za kontuarem. Ale nie tutaj. Stopień wyjebanizmu właściciela niejednokroć sięgał astronomicznego pułapu, zaś w owym przypadku – relatywnie – nie dobił nawet do połowy miernika.
Może dotychczasowa obsługa poszła wreszcie po rozum do głowy i zmiarkowała, że zasługuje na coś lepszego niż ta smętna piwniczna dziura dla krasnogębych szczurów, takich jak ja? Może. Dalszy tok rozumowania wskazuje na prędkie, desperackie poszukiwanie wyjścia z opresji przez starego wodzireja Thomsona. Poleciał po kosztach, uznawszy, że nie potrzeba niczego więcej od umiejętności bezawaryjnego przelania gorzały z butelki do szklanki, by stanąć za barową ladą. I oto mają nowego członka załogi.
No nic. Nie przyszedłem tutaj po to, by kwestionować czyjeś kompetencje zawodowe. Tym bardziej, że sam nie mam się czym zbytnio pochwalić. Przybyłem, aby zmoczyć pysk procentami, i tylko tyle. Naturalną konsekwencją opłakanie niskiego standardu są niższe stawki za kolejkę, zatem czego chcieć więcej?
– Litr Bigfoota Barley Wine, nie potrzeba kielicha. – Staram się sprawiać wrażenie osoby, której nigdy nigdzie się nie pali. Jeśli nieopierzony barman miałby przypadkiem problemy ze znalezieniem właściwego napitku, cierpliwie nakierowuję go palcem bądź wskazówkami dotyczącymi wyglądu butelki.
W międzyczasie wykładam należność na szynkwas. Gdy kontuarowy rekrut sięga po otwieracz, powstrzymuję go krótkim gestem. Biorę butelczynę i strącam korek dynamicznym pstryknięciem wskazującym palcem. Owym aktem daję świeżakowi dość klarownie do zrozumienia, że jestem jednym z tych, którzy wiodą prym w tutejszych kątach; swoistym nobilem wśród miejscowych opijusów. Można mi wierzyć lub nie, ale jestem naprawdę dumny z tego nieformalnego tytułu.



RE: USA, Baltimore - Bezimienna - 31-08-2019 19:23

Młodzik zawahał się na początku, gdy został poproszony o cały litr piwa i tak jak przewidział Alan, nie miał zielonego pojęcia gdzie do końca go znaleźć. Pomoc Fullbringera okazała się tutaj bezcenna, w innym przypadku pewnie musiałby poczekać dobre kilka minut, zanim barman ogarnie inwentarz. O otwieraczu tak naprawdę nie pomyślał, ale po tym, jak już jego klient odmówił otwieracza, dla pozoru spróbował udać, że tak naprawdę przez ten cały czas miał zamiar mu go podać. Podając trunek żółtodziób odebrał za niego należną zapłatę, a nawet, o zgrozo, wydał resztę, która się zgadzała, gdyby Alan zechciał ją przeliczyć.

W tym konkretnie momencie, Alan zdecydował się popisać przed młodzikiem, zaznaczając miejsce swoje i jego w hierarchii owego zaszczytnego lokalu. Jednym zwinnym ruchem wybił korek z jego należnego miejsca, a ten popędził w stronę zaskoczonego pracownika, by odczuwalnie, ale niezbyt mocno palnąć go w czoło. Z tyłu lokalu zabrzmiało kilka gwizdów podziwu, a jeden naprawdę nawalony facet, siedzący, a raczej bardziej leżący na drugim końcu baru, krzyknął "Świetny człowiek! Tego to ty kurwa szanuj!". Tak, ten też był nowy, lecz Alan mógł go kojarzyć z żebrania w różnych punktach miasta. Trudno było jednak stwierdzić, czy po prostu zebrał wystarczająco dużo hajsu, żeby się napić, miał bardzo słabą głowę czy cokolwiek innego, stał przed nim bowiem tylko jeden kufel, który pozostawał do połowy pełny, lub też pusty, w zależności od punktu widzenia, od czasu przybycia Króla Moczymórd na swój dwór.

Gdy już Alan miał w końcu zamoczyć usta w trunku, odczuł dość nieprzyjemne uczucie, jak gdyby ktoś go przez ten cały czas obserwował. Nie chodziło już nawet o to, że zwrócił na siebie uwagę całej tej zapchlonej nory, lecz o to, że ktoś faktycznie czujnie mu się przyglądał. Gdyby zdecydował się sprawdzić aurę wszystkich gości lokalu, stwierdziłby, że przebywa w nim dwóch innych Fullbringerów i kobieta Quincy - Barman, Krzyczący Pijus i jakaś szara mysz, zdająca się spać na jednym ze stołów w samym rogu karczmy, którą Alan kojarzył z widzenia jako stałą bywalczynię. Żadno z nich nie mogło jednak pochwalić się siłą chociażby w połowie zbliżoną do mocy, jaką dysponował Alan.



RE: USA, Baltimore - Happy Mask - 01-09-2019 22:01

Ops, szlag by to, kurwa. Nie tak miało być. Coś zrobiłem nie tak?
Nie. Zwyczajnie nie wziąłem pod wzgląd jednego czynnika. Każdy poprzedni barman doskonale wiedział, by usunąć się z linii strzału. A ten świeżak nie do końca był świadom czego się spodziewać.
– To taki osobliwy chrzest barowy – tłumaczę naprędce. – Masz moje błogosławieństwo, by rozlewać tu każdemu wódę, piwsko i wszystko inne, czego dusza zapragnie. – Noż ja pierdolę. Chyba nic bardziej kretyńskiego nie byłem w stanie wymyślić.
Może i sprawiłem niepotrzebne widowisko, ale tak czy owak nie był to pierwszy raz. Pewnego marcowego wieczoru dałem się wplątać w pijacki pojedynek ze zgrają niesfornych chłystków, którym wydawało się, że dobiwszy wreszcie do dwudziestu jeden wiosenek, mogli piastować w tym lokalu tron alko-monarchy. Wyraźnie widziałem, jak dolewali taniego spirytusu do moich kolejek, a mimo to każdemu jednemu film urwał się na długo przed tym, jak ledwie zaczynałem mieć trudności z pokonaniem kilku metrów w prostej linii.
Już prawie umaczam usta w mocnym piwie i nagle... Przystaję. Co się dzieje? Dla pewności przybliżam nos do szyjki i pociągam dwukrotnie. Nie... Aromat w porządku. Wobec tego, co tu nie pasuje?
Chciałem dziś tego za wszelką cenę uniknąć, ale w końcu wyostrzam zmysł duchowy. Taa. Tak jak myślałem. To nie będzie spokojny dzień. Co to to nie. Nie jeden raz już natykałem się na indywidua z mocą. Parokroć nie wychodziło z tego nic dobrego. Ale trójka naraz, w jednym barze? Prędzej odpuszczę środowe losowanie w Powerball, niż powiem, że to przypadek.
Dziwne, co najmniej dwójkę znam przecież z widzenia. Jakim cudem do tej pory się nie zorientowałem? Co, może wszyscy znienacka obudzili w sobie potencjał duchowy? Psia mać ich wie.
Co robię? Ano, zostaję na miejscu. Co ma się wydarzyć, i tak się wydarzy. Jeśli parszywy los spreparował dla mnie jakąś niespodziankę, to i tak nie ma żadnego miejsca, w którym mógłbym się przed nim schować.
Przechylam butelkę i jednym haustem opróżniam ją do połowy.
Trwając w zdawkowej czujności, czekam na rozwój wydarzeń.



RE: USA, Baltimore - Bezimienna - 06-09-2019 09:10

//Wybacz obsunięcia czasowe z odpisami, ale kampania wrześniowa na studiach wymaga ode mnie więcej niż się początkowo spodziewałem i po prostu muszę przez to przebrnąć zanim wrócę w pełni.

Barman wydawał się być zdziwiony ogólnym zachowaniem mężczyzny. Nie wydawało się, by ten oczekiwał jakichkolwiek przeprosin lub wyjaśnień, a i tak utrzymał drugą opcję, mimo, iż wymyśloną w locie.
- Doceniam, wielki mistrzu. - odezwał się na dobrą sprawę po raz pierwszy od momentu gdy Alan wszedł do baru, a gdy Król z własnego nadania wypił duszkiem połowę flaszki, skrzywił się, lecz widać było, że mu to zaimponowało. Wymamrotał coś pod nosem spod wezwania "Z czego on jest zrobiony?", po czym kontynuował - Lata praktyki i wyrzeczeń, co? Alex, miło mi. - wyciągnął do niego rękę by ją uścisnąć. Widać było i słychać, że nadal stresuje się tą całą robotą i nie do końca wiedział, czy przekracza jakąś niewidzialną granicę w kontaktach z klientami. Niby mówili mu, że w tej robocie ważna jest bajera i zagadywanie klientów...

Uczucie bycia obserwowanym nie opuszczało Alana... ale nie działo się nic poza tym. Wyglądało na to, że każdy użytkownik mocy duchowej w przybytku zajmuje się swoimi sprawami. W pewnym momencie pijanemu mężczyźnie, który krzyczał wcześniej, zebrało się na rozkminę.
- Ej, ludzie...! Jakbyście mieli *hic* wybór... To chcielibyście być ptakami, czy rybami...? - widać było, że oczekuje jakiekolwiek odpowiedzi od kogokolwiek, skanował wszystkich ludzi w barze nieco zamglonym wzrokiem.



RE: USA, Baltimore - Happy Mask - 09-09-2019 21:57

Ja pierdolę, dał się wkręcić. No, nie mogę.
Mam szczerą ochotę grzmotnąć czołem o kontuar. Zachowuję jednak w świadomości, że stare drewno raczej nie przetrwałoby bezpośredniej konfrontacji z moim czerepem.
– Alan. – Podaję rękę, w duchu współczując młodzianowi. Nie zamierzam dociekać, jak rozpaczliwie przesrana sytuacja życiowa musiała doprowadzić go pod próg tego miejsca, pijackiej nory najgorszego sortu. Zaiste i tak lepsza niż moja (acz – to już trywialna oczywistość).
Dobrze chociaż, że już pierwszego dnia ma szansę zobaczyć, w jak wielką górę kopcących ekskrementów przyszło mu wdepnąć. Albowiem zaprawiony w menelskich bojach kamrat wygłosił wszem wobec zapytanie natury kurewsko filozoficznej. Chuj by go. Przemycił tu coś mocniejszego, skubany. Bez dwóch zdań.
Nie kwapię się co prawda do odpowiedzi, lecz uzyskawszy niespodzianie całkiem niezgorszy zamysł na drugą napitkową rundę, wyłapuję spojrzeniem znaną mi świetnie puszkę.
W mgnienie dopijam barley wine, po czym wykładam na ladę pomięty, pięciodolarowy banknot.
– Jeden Eagle Extra Strong.
Nie zamierzając siedzieć bezczynnie podczas oczekiwania na obsługę, wyciągam zza pazuchy zdrapkę Lightning Jackpot. Jedna z niedawnych nowości. Zdrap trzy pioruny w kształcie siódemek, aby wygrać dwieście pięćdziesiąt tysięcy baksów.